Selected texts from catalogues

– Ad Arm, in: człowieczeństwo…,  Krakow 2022:

I first saw your work in the gallery of Victor in Dordrecht. It intrigued me deeply. Very glad to have that small 20×20 painting in the house. Your work conveys me back to my youth.. 60ties, seventies, to timeless observations, repeated in time.

A bathing scene, street, house, all those kinds of states we dwell along during our lives. A very good observation. With the eye of the outsider looking-in, you notice the moments. The Unseen is Seen. We can feel it. It is recorded.As it Is. No holding back, just the pure essence of the subject. That is a rare talent.

The style of painting is in the sphere, in my feeling, in the classical technique that we find from the times of Socialism. A direct ‘noting’ way of painting. I like that style and time. Especially in the ‘moving’ images. In depth, the nakedness of the subjects, Pope, Rustin and Lucian Freud call up a same intriguing, a bit uncomfortable awareness. I think that it is because of the intimacy, coming so very close and the participants are unaware of our eyes. Time is frozen. But we are caught in your paintings, too.

Let much more be made. Better than any movie or book.

This is as close as we can get. What keeps it all so accessiblein the same moment, is the honesty ofthe observer ,in this case the artist, that opens these views.

There is this. Just this.

As-Is.

……..

– Grzegorz Wnęk, in:  człowieczeństwo…,  Krakow 2022 (part):

Dziś stoję przed najnowszymi pracami Beaty (…) Mimo trudnych tematów, są to obrazy, w których ekspresja ujęta jest w karby formy i przetrawiona przez malarskie środki wyrazu.

I to nadaje im uniwersalność odbioru, co jest dla dzieła sztuki szczególnie ważne.

Nie chciałbym tego pisać, ale te prace są tak współczesne, tak „dzisiejsze”.

Wolałbym napisać, o niespokojnym, nierzeczywistym ekspresjonizmie, może nawet fantazji. O pełnym niepokoju, wewnętrznym świecie autorki.

Niestety to realizm dzisiejszego świata (…), świata, który zrzucił dobrotliwą maskę.

Świata, który jest pełen zbrodni i tragedii, nieludzkich zachowań, ale też pełen poświęcenia i niesienia pomocy.

Nieludzkiemu złu przeciwstawia się potężny „wybuch” dobra, co daje nadzieję. (…)

Przyglądając się ostatnim obrazom Beaty Bigaj, wydaje mi się istotne odczucie, że w tych pracach „wisi” nad odbiorcą niczym miecz nad bezbronnymi coś niepokojącego, coś co może się wydarzyć…

I tak odbieram te prace.

To niemal proroczy cykl, który pyta nas: co się stało z naszym człowieczeństwem?

–  Jacek Waltoś, in: Beata Bigaj. BUNT versus pollice verso,  Częstochowa 2018:

W tumulcie

Nie znajdzie ukojenia, kto patrzy na obrazy Beaty Bigaj. Znajdzie się raczej w wirze eksplodującej, rozwichrzonej przestrzeni pełnej figur i wizualnych kontrastów. W przestrzeni nieukładnej, figur niepięknych, kolorów zgrzytliwych. Widz tkwi przed spadającym na niego splotem gestów, gwałtowną akcją pomiędzy bohaterami dramatu, zamaszystością ruchów pędzla, rzutami światła i cienia. Krzyżującym się planami: najbliższych z najdalszymi. To powrót do malarskiej przestrzeni zaganiającej widza – tradycja Matejki? Może Chełmońskiego, który – jak kiedyś napisano o Czwórce – stwarza iluzję nie „w głąb obrazu”, ale „ku rzeczywistości”. Tak też działają murale Meksykanów kipiące nadmiarem konfiguracji, nieobce zapewne Malarce zdarzeń niby pospolitych, a skalą i proporcjami rozrosłych monumentalnie.

Bez względu na anegdotę sugerowaną tytułami płócien, widz pozostaje onieśmielony i zadziwiony emocjami jakim poruszani są bohaterowie żywiołowych narracji, trudną do uchwycenia przyczyną zgiełku, spiętrzenia cielesności osób i dynamiki nieustannej przemiany jakiej podlegają wszystkie elementy rozpoznawalnej – czy pozornie? – rzeczywistości. A wreszcie nieustannym konfliktem pojedynczego człowieka ze swoim otoczeniem, z kolorystyką która mogłaby wspomagać a raczej bywa sprzeczna z prawami fizyki a także estetycznej harmonii. Ekspresyjna opozycja wszystkiego ze wszystkim: wrażenie tumultu który jest źródłem tego malowania i definiuje jego odśrodkową energię. Kadry zarówno z codziennej bieganiny co z niezwykłych wydarzeń potwierdzają obecność nieustannego dramatu. Rzeczywistość pozbawiona odświętnej pozy, konwencji i ceremonii. To raczej nieustanne zmagania, wzajemne przesilenia – żeby nie powiedzieć: walka.

Skojarzenia z sekwencjami Wesela Andrzeja Wajdy i równocześnie Wojciecha Smarzowskiego przychodzą do głowy widzowi „filmu” Beaty Bigaj, obrazów życia nasyconych równocześnie symbolicznym piętnem i reportażem z pospolitości.

 Byłoby to może malarstwo rodzajowe – dawno porzucone na rzecz fotografii biorącej z niego swój rodowód – gdyby nie stan kulminacji energii malarskiej, przekształcającej świat oglądany w świat wyrażany. A jednak Beata Bigaj wybrała obserwację za miarę sztuki: nie ma w niej ani egzaltacji ani wzgardy dla widzianego świata wokół. Najczęściej bliskiego sobie, najbliższego. Tradycje realizmu jako postawy poznawczej i też stylu historycznego są rozpoznawalne a myśl o Pieterze Brueghlu powraca. Z klisz pamięci, z jej emocjonalnych, często nieuświadomionych wątków narastają erupcje malarskie. Gwałtowne i szorstkie – dalekie od utopii piękna, jakie sztuka często buduje mając na względzie abstrakcyjne idee. Tu nawet o czarach malarskich procederów trudno mówić i raczej podziwiać można siłę i trafność wymowy obrazu. Odnajdujemy wierność swojemu doświadczeniu – widzeniu zaborczemu i malowaniu zgodnie ze swoim temperamentem. A jest ono poruszające. Dosłownie, bo nie dające spokoju.

–  Stanisław Rodziński in: Beata Bigaj – Malarstwo/Grafika, Kraków 2007:

Beata Bigaj – biorąc pod uwagę daty Jej noty biograficznej jest na początku twórczej drogi.

Kiedy jednak patrzymy na Jej obrazy, rysunki i grafiki postrzegamy co najmniej dwa problemy pozwalające już dzisiaj określić tę drogę jako wybitną.

Beata Bigaj w czasie zamętu panującego w sztuce, wobec zachwiania i relatywizowania wartości, a nawet sensu malarstwa – maluje z uporem i żarliwością.

Co prawda czytałem ostatnio, że śmierć malarstwa została odwołana na jakiś czas przez kuratorów i krytyków zajmujących się sztuką aktualną i modną, ale to właśnie Beata Bigaj swoim malowaniem sygnalizuje, że nie ważne są bzdury, a najważniejsze są godziny przed sztalugami.

Na obrazach Artystki widzimy więc ludzi mocnych i umięśnionych, ale i bezradnych, bezdomnych, samotnych.

Patrzymy na martwe natury, a szczególnie w grafikach Beata Bigaj odkrywa w bielach i szarościach siłę i dramat obecny na obrazach.

Niezależnie od tego czy człowiek na dużych czy mniejszych płótnach malarki to tak jak w poliptyku „Czym jest prawda” – Chrystus i otaczający go apostołowie, czy jak w „Kolejce podziemnej” czy na przejmującej „Arenie” – to malowani ludzie są tak samo samotni, zmęczeni i cierpiący.

Jeżeli nawet są siłaczami i mają potężne bicepsy – to wydaje się, że udają, a nieraz zasłaniają twarze by paparazzi nie ujawnili prawdy.

Tak więc teatrum Beaty Bigaj to szczególnego rodzaju powtarzający się niezmienny motyw „Ecce Homo”, to dramatyczne rozważanie o życiu i śmierci, o pozorach siły, o zagubieniu i bezradności, ale i o prawdzie, której malarka uparcie poszukuje i którą krok po kroku odkrywa.

Droga jaką wybrała dla siebie i swego malarstwa Beata Bigaj, to droga trudna bo pozbawiona pozorów i efektów.

Patrząc na rodzaj ekspresji, na materię malarską, na kolor i strukturę postaci i przedmiotów – warto mieć świadomość, że Artystka niczego sobie nie ułatwia, a może nawet stawia sobie cele coraz trudniejsze, podejmując ryzyko w równym stopniu dotyczące treści i formy malowanych płócien.

Ten cel jest taki sam jak przed setkami i dziesiątkami lat.

Chodzi po prostu o to by malowanie nie było efektownym cyrkiem, lecz trudnym bardzo, niemal codziennym poszukiwaniem prawdy.

Ten upór i siłę widzę w obrazach Beaty Bigaj.